Cała naprzód...
Nie jest łatwo. Coraz więcej trudności i przeciwności w życiu nastolatka wchodzącego w dorosłość to krótki przegląd tego co ostatnio dzieje się wokół mnie i we mnie. Nie jestem do cholery jakąś ciotą, ale ile można iść pod górkę... Heh, nie wiem. Ale idę twardo do przodu i nie pytam o jutro... Najgorsze, że to jest jak wirus. Jak się pojawi, to zaraża wszystkich wokół. A najszybciej tych, z którymi jesteśmy najbliżej. I logiczne. Tylko w mordę niesprawiedliwe. I co mogę zrobić? Ile można dusić w sobie chęć zamknięcia oczu i przeczekania tego wszystkiego? Chyba wszyscy razem i każdy z osobna uciekamy jak nadchodzi burza...
Don't want it that way. Oh no. How can I change that? Don't know too. But I'll find my way.
Always.
Niewyrażalne...
Nie jest to coś, co zwykle zamieszczam na swoim blogu. To wyjątek. Może dlatego, że jest druga w nocy, a ja siedzę słuchając Stone Sour i... właśnie. Jak każdy człowiek, który kogoś naprawdę kocha. No może trochę bardziej niż każdy, ale to ja jestem przecież. Się wybacza chyba, hm? Nie wiem. To naprawdę nie tyle niesamowite, co... szczere, że ja nie potrzebuję więcej. Nic więcej.
Targi.
Wstałem. I to jedyny pozytyw, którym rozpoczynam dzień. Czemu? Otóż jestem chory. Intuicja podpowiada zapalenie oskrzeli, za którym przecież tak już tęskniłem. Niemniej nie jestem z waty i wybieram się na targi edukacyjne na Politechnice Warszawskiej. Chory lub nie - maturę [defacto śpiewająco] zdać muszę. Kichając i kaszląc kończę ten jakże długi i ciekawy post.
Headlines.
Długo czekałem na ten dzień. Z nieopisaną uciechą przyswoiłem news o rozpadzie (najprawdopodobniej już ostatecznym) koalicji rządowej. Jest to pierwszy ruch ministra rolnictwa Andrzeja Leppera, który mnie szczerze cieszy. I liczę, że ten jeden raz kiedy powinien być konsekwentny - będzie, i zachowa twarz ostatecznie - po wielu zapowiedziach - kończąc koalicję rządową. Może w końcu w przyspieszonych wyborach ludzie zrozumieją, że może warto byłoby zaufać Donaldowi i jego Platformie, gdyż z aktualnej polskiej areny politycznej to chyba najbardziej sensowny człowiek z najbardziej przystępnymi poglądami na to, co należy zrobić w naszym chorym państwie by je uleczyć.
Niestety ów szczęśliwy dzień przyniósł mi również pozasercowe smutki. Szczerze zasmuciła mnie wiadomość o wypadku Richarda Hammonda z TopGear podczas bicia lądowego rekordu prędkości Wielkiej Brytanii. Jego odrzutowo napędzany bolid, wytwarzający przeciążenia zbliżone do tych w nowoczesnych samolotach (nawet do 6G), oderwał się od ziemi i wielokrotnie koziołkował. Prędkościomierz wskazywał wtedy niespełna 300 MPH, co równa się ~500 km/h. Dowiedziałem się o wypadku z krótkiego przeglądu wiadomości na początku Faktów TVN, po czym ruszyłem do komputera na topgear.com by jak najszybciej dowiedzieć się czy żyje; prezenter Kamil Durczok bowiem wspomniał o "tragicznym wypadku" po czym pokazano zdjęcia z helikoptera, gdzie podłużny obiekt przypominający ludzkie ciało, przykryty pastelowozieloną tkaniną leży nieruchomo na trawie opodal pasu startowego, na którym rozegrała się tragedia; następnie urywek z programu TopGear i uśmiechnięta, żartująca twarz młodego prezentera i ogarnęła mnie fala smutku; siła sugestii kazała myśleć, że Richard nie żyje. Dzięki Bogu, mimo iż jeszcze wczoraj, kiedy to wypadek miał miejsce, Hammond walczył o życie w stanie krytycznym, dziś jego stan choć wciąz bardzo ciężki, jest stabilny. Do szczegółowych informacji ma dostęp tylko rodzina i przyjaciele z TopGear, dlatego pozostaje mi pocieszać się faktem, że żyje i będzie wracał do zdrowia. Mam nadzieję, że jeszcze zobaczę go w TopGear, znów żartującego i śmiejącego się.
I tak dzisiejszy dzień dobiega końca. Mieszane emocje, ze wskazaniem jednak na minus, spotęgowane znaczącym brakiem w moim otoczeniu (no niestety, kobiety uzależniają...) i czas spać. Rozwiązałem sobie test na britishschool.pl i chyba mogę zasnąć bez martwienia się o wynik jutrzejszego testu w tejże szkole, tym razem w wersji 'live'. I wiem, że przeczytasz jak wrócisz, więc... :*
Again.
No i stało się. Odrestaurowałem mojego zardzewiałego, zapomnianego bloga. Nie wiem jeszcze tylko jaki font, ale to już kwestia drugorzędna.
Trzecia klasa licealna z całą pewnością nie jest prosta, a wisząca gdzieś w powietrzu atmosfera zbliżającej się matury daje się we znaki. Ponadto wciąż gram i muzyka nadal jest ważną częścią mojego życia. Rozkręcam projekt muzyczny Blackfury i po napisaniu dwóch pełnych kawałków (pure metalcore \m/ ahh) rozważam przemianowanie go na Blindfury, co zwyczajnie brzmi ciekawiej. Poszukuję również pilnie perkusisty i basisty, ze wskazaniem jednak na perkusję (jako bardziej pilną).
Wróciłem również częściowo do gier komputerowych i tak w oczekiwaniu na NFS: Carbon rozjeżdzam się przechodząc kolejny raz Most Wanted. I czasami świetny Hitman Blood Money, dla odstresowania.
Oprócz tego słucham muzyki. Dużo i różnej. Dużo metalcore'u, głównie dlatego, że w większości przypadkowo poznałem wiele młodych kapel, którym krótki jeszcze pobyt na muzycznej scenie nie przeszkadza w robieniu świetnej muzyki. I tak z młodszych i starszych bandów - Trivium (odkrycie roku, bezapelacyjnie), Avenged Sevenfold, All That Remains, Bullet For My Valentine, Ill Nino, 3 Doors Down, Static X, System Of A Down, Queen, Pantera, Story Of The Year, Carlos Santana, Rob Zombie, Element 80, Audioslave, Yngwie Malmsteen, Rancid, Losprophets, Coma, Eric Clapton, Papa Roach, Panic! At The Disco, Slayer, Maroon 5, Nickelback, Guns'N'Roses, Foo Fighters i oczywiście Metallica (i jeszcze "kilka" innych) wybrzmiewają z moich głośników. Szczególnie jednak polecam pierwszą piątkę maniakom ciężkiego brzmienia.
A teraz małe wyjaśnienie... Otóż prawdopodobnie nie pojawiłbym się tu, gdyby nie okropna pustka jakiej aktualnie doświadczam. Mam bardzo mało czasu na wszystko, masę zajęć i zainteresowań, no i przede wszystkim kogoś, komu poświęcam cały swój wolny czas niejednokrotnie rezygnując z zainteresowań, czy nawet obowiązków. I dlatego zaniedbałem tego bloga. I teraz, kiedy... Olga - co się będę krył, i tak wszyscy wiedzą - bawi na obozie integracyjnym, ja czyszczę stare śmieci. I brak mi jej strasznie, o czym też wiedzą wszyscy i przed nikim kryć nie muszę. I... lecę zadzwonić. Jeszcze tu wrócę. Chyba :)
Nieuchwytny...
Skąd tytuł postu? Miałem na myśli czas. Dawno mnie tu nie było, a czas leci. Nie powiem, że nie miałem dużo roboty, bo skłamię. Zawsze coś. Nauczyłem się wreszcie grać na gitarze. Należycie chodzi już nie tylko lewa ręka, ale i nadgarstek w prawej. Napisałem parę rzeczy. Z jednego numeru jestem naprawdę dumny. Na pianino. Ma koło czterech minut, jest rozbudowany, skomplikowany i... trudny. Jeszcze mi się nie zdarzyło z własnej nieprzymuszonej woli pisać w Es-moll. Dojrzałe dzieło, ale zbyt osobiste, żeby je tu publikować. Zresztą, wypadałoby dopisać jeszcze te brakujące dwa takty. Utworek jest smutny, na co wskazuje tonacja, ale proszę się nie sugerować, autor jest piekielnie szczęśliwy. Oj tak. :) banan na mordce 24h na dobę, z przerwami na jedzenie. Wszystko dzięki Niej... :*
Mistrz.
Koncert Carlosa Santany zapamiętam na całe życie. I choć moje najdroższe (:*) nie mogły być ze mną i deszcz moczył mi dupsko, było fantastycznie. Wiedeń zamknięty i mokry nie dał się zwiedzić w takim stopniu jakbym chciał, w końcu to Austria i to w niedzielę. Eisschokolade w Cafe Mozart, blisko 100 zdjęć i przyszła pora koncertu. Nabyłem koszulkę mistrza i zająłem miejsce. Jako support wystąpił Salvador Santana Band, czyli syn mojego guru. Grali jakieś meksykańskie rytmy z rapowanymi wstawkami i damskim wokalem, oczywiście po angielsku. Troszeńkę to nudziło, ale jak w trakcie którejś z kolei piosenki usłyszałem magiczne kilka dźwięków i po chwili zobaczyłem wyłaniającego się zza kolumny Carlosa, idąc za tłumem wstałem i biłem brawo aż do końca piosenki. Oczywiście improwizował, a dokładniej przetransponował i wzbogacił o drobne harmonie solówkę z Europy w taki sposób, że piosenka syna wreszcie miała ręce, nogi i muzyczny wyraz. Słusznie dziesięć tysięcy ludzi klaskało na stojąco przez 2 minuty. Skończyła się piosenka, Salvador przedstawił swój zespół i tatę, po czym zeszli ze sceny. W 10 min obsługa sceny zdjęła cały ich sprzęt i rozłożyła trzy zestawy perkusyjne. Jeden "normalny" i dwa złożone z "egozytcznych" bębnów. Weszli muzycy i przez trzy godziny kopali dupska wszystkim ludziom na sali. Koncert był niesamowity. Fascynujący. Carlos uświadomił mi, że aby być geniuszem nie trzeba być mistrzem techniki, czy szybkości. Trzeba kochać muzykę całym sercem i z całym tym wkładem emocjonalnym ją wydobywać z instrumentu. I robić to lepiej niż bardzo dobrze. Perkusistów grających na bębnach co utwór opatrywali medycy tak, że po koncercie mieli na każdej dłoni ze 2cm grubości bandaży. Każdy z nich miał swoją solówkę (reszta zespołu schodziła). Trzeci perker również, z tym, że jemu podczas solówki naprawiali Hi-Hat'a i dopiero po 10 min mógł dać z siebie wszystko, jak Hi-Hat działał. Oczywiście zniszczył mnie szybkością, rytmem i polotem. Jego solówkę poprzedziła solówka basisty. Młody i potwornie utalentowany i wystarczy. Klawiszowiec też został na solo, mocarz, ale nie przyprawił mnie o ciary. Drugi gitarzysta nie miał solówki, ale trzeba mu przyznać, że pomimo wyglądu rasowego brudasa wymiatał. Carlos solówki mieć nie musiał, bo jego koncert był jedną wielką solówką. Wsparty świetnymi muzykami i wybitnym wokalistą zrobił show, o którym będę opowiadał swoim wnukom. Santana na gitarze jest wiecznie młody. Jego ciało się starzeje, ale jego muzyka jest ponadczasowa. Pozostanie legendą nawet po śmierci. Wyszeł na bis, a po bisie mówił do publiczności o spełniającym się śnie, o którym śnił Bob Marley, Jimi Hendrix, Ray Charles i wielu innych. Spełnionym snem według jego słów był fakt, że on, Carlos, mógł stać na scenie przed nami i występować. Pięknym snem, w którym wolność, miłość, pokój, braterstwo i współczucie łączyły ludzi. Zacytował także Hendrixa mówiąc, że dźwięki są znacznie piękniejsze i lepsze niż kule (naboje). Potem dodał: "to piękny sen; George Bush to koszmar!" I wszyscy wybuchnęli śmiechem. Kilka osób opuściło halę po tych słowach. Przedstawił muzyków ze swojego zespołu i pożegnał wszystkich mówiąc "peace!". Gromkie brawa na stojąco i ludzie z różnych kulktur i w różnym wieku krzyczący "peace" z pewnością dodały imprezie magii i klimatu. Było bosko. Żałuję tylko, że bez Ciebie. Tęskniłem :*
Jestem po@#$%^#. :*
Zdecydowanie, nie jestem normalny. Ale po zakręcie musi być prosta, gdyby było inaczej mało byłoby ludzi. Graliśmy próbę. Skończyła się na tyle dramatycznie, że już wiem czemu Hetfield i spółka sięgali po wódkę. Oprócz tego obejrzałem parę filmików, jak to sławni utalentowani wypieprzają na gitarach, co zmotywowało mnie do ćwiczeń. W moje ręce trafiła jeszcze płyta Trivium (www.trivium.org) i parę numerów Testamenta, Pantery, Channel Zero i In Flames. I jestem zachwycony. Matt Heafy z Trivium mnie zniszczył, Skolnick z Testamenta dobił, o Dimebagu nie wspominając. Do tego jeszcze Self Control Channel Zero przyprawiło mój i tak skopany już tyłek o ciary. Ale Trivium to absolutny nr1. Gdyby tylko nie ten pseudo-growl, byliby najzajebistsi pod słońcem. Prawie jak moja dziewczyna :* (pozdrowienia kochanie). Poza tym, to spodobał mi się strasznie ten Dean => Exotic USA Custom ML Trans Blueburst i nic więcej się nie wydarzyło. Dywanik, trawnik, krzaki, czarne bojówki (i to jeszcze na Twoim...) - zwariowałem :) :*.
Wybacz...
Boję się. Nie jestem słaby psychicznie, a jednak... boję się, bo nie radzę sobie. A to takie do mnie nie podobne. Jest pewna przypadłość, wobec której mięknę. Bije koło 70 razy na sekundę, średnio 2580000 razy w ciągu całego życia i stwierdzone jest, że gdyby tylko się dało bez niej [przypadłości], życie byłoby łatwe. Nie miałoby sensu, ale byłoby dużo prostsze. A tylu jest ludzi, tylu z nich znam osobiście, jednym z nich byłem do niedawna ja sam, którzy tak bardzo chcą kochać i być kochanym z wszystkim co za tym idzie, a w miłości szczęścia nie mają. I istotnie, miłość jest skarbem. Niezastąpionym, bo na co zamienimy coś, co wiele potężniejsze i większe od człowieka paradoksalnie zamieszkuje jego serce i staje się treścią jego życia, światłem w ciemności? Ale boli. Bardzo. Nawet jeśli jest nieskazitelna, czysta. Rani nieświadomie. Tak jak i często ludzie. A ja się boję. Boję się, bo sobie nie radzę. Muzycy. Tak, jestem muzykiem. Przypadłość ogromnej ilości, bardzo często wyjątkowo utalentowanych muzyków, to nieszczęście. Muzycy sobie nie radzą. Sięgają po dragi, alkohol, albo po sznur. Boję się. Jestem muzykiem z krwi i kości. Jestem nieprzeciętnie wrażliwy. I nie radzę sobie. Ciężko udawać, że się stoi, gdy się leży. Póki co bezsilność opowiadam mojej gitarze. Klawiszom. Ale jestem słaby. Czuję i wiem, coraz bardziej. Gdy człowiek sobie nie radzi, sięga. Po te gówna, które nieraz wyklinał. Boję się, bo nie mam daleko, żeby sięgnąć. Muszę pograć, bo będzie źle. Tak, pójdę już. Dziękuję wszystkim, którzy to przeczytają. I proszę zrozumienie i - w przypadku niektórych - dyskrecję.
O tym co wkrótce...
No, trzeba się pochwalić - intensywne ćwiczenie nadgarstka, odegranie próby i intensywne plany na kolejne i naprawdę deszcz pomysłów (poniekąd dzięki mojej ciemnowłosej inspiracji :*) wkrótce przełożone zostaną na solidnie zrobione mp3. Pozgrywałem część na ścieżki, część muszę dograć, potem porządny mastering i na koniec zrzut gotowego kawałka do sieci. I tym oto sposobem zrealizuję to, co chciałem realizować zakładając tego bloga - chciałem się dzielić muzyką. Własną, rzecz jasna. Rozgrywam się coprawda na Metallice, Slayerze, Santanie i Mayu (inf: gitarzysta Queen), ale piszę z własnej głowy, może z delikatną mieszanką sugestii. A tak pozamuzycznie to znów zapdejtowałem layout bloga w myśl zasady "prościej = lepiej" i według mnie prezentuje się ciekawie...
Tu czy tam, wciąż źle...
Znów zamiast grać na gitarze pomajstrowałem w kodzie bloga. Poprawiłem to i owo, tylko nie mogę znaleźć w css'ie fragmentu o JabberID, żeby je wywalić ze środka headera... przez to nie mogę nic ciekawego tu wstawić i wniosek z tego taki, że w tą czy w tamtą, ciągle nie jest dobrze. Gitarę też dopieściłem dziś trochę, wracając do korzeni i dorabiając to i owo do solówki z nothing else matters... pianinem też się zajmuję ostatnio godzinami... wszystkie moje "ale" do samego siebie przelewałem na dźwięki, stąd duża ilość czasu i wielkość ładunku emocjonalnego włożonego w muzykę. Practice makes perfect... a nic innego niż ten wciąż odległy jeszcze perfect mnie nie interesuje ;)
Guess who's back...
Wróciłem. Trochę mnie tu nie było, z powodu braku czasu głównie. Tak więc ażeby powrót uczynić wielkim, wróciłem i od razu trochę pozmieniałem. Kolorki i header, nieznacznie większy. Nie wiem czy się wam podoba (komentować), mnie ocena zmian nachodzi dopiero po jakimś czasie, więc póki co nie wiem. Mamy wielki piątek więc muzycznie dziś nieposzalałem i nieposzaleję, za to wpadłem na jogga... coż, to chyba tyle.
Impreza.
No i znowu nie o muzyce. No może trochę. Ale tylko trochę. A to dlatego, że na imprezę osiemnastkową Stronga i tym samym powitalną Karola zabrałem gitarę i piec, więc cośtam muzycznego było. Ale tak trochę. A ogólnie, to świetnie było zobaczyć się z Karolem. Teraz trzeba nadrabiać stracony czas. No to tyle, bo zdycham. Trzeba spać iść, jutro szkoła, kartkówki i w ogóle. Ehh, zryty jestem. G'night.
Jah.
Mamy 22 minuty po północy, więc nie będzie to post o mojej muzyce. Wstawiłem nowy header (też czegoś mu brakuje, ale co tam), który zagości na moim jogg'u przez bliżej nieokreślony czas. Ciągnie mnie do pianina (nocą rzadko do gitary), ale chyba sobie daruję i położę się spać. No, to tyle.
'bout the music, right?
tak właśnie brzmi myśl przewodnia mojego brand new webloga. stwierdziłem, że gdzieś trzeba wylewać swoje muzyczne 'ale' i ponownie założyłem joggera. żeby wszystko wyglądało jako tako skorzystałem z szablonu Tarskiego nieco przerabiając header, który pewnie wkrótce się zmieni, bo nie jestem z niego do końca zadowolony. no w każdym razie będę starał się tu pisać głównie o muzyce, szczególnie własnej, tym bardziej, że ostatnio wziąłem się w tym kierunku do roboty. to chyba tyle na pierwszy post, krótkie info, wszak od czegoś trzeba zacząć... :)