Again.

Dodane 21 września 2006 o 17:08:12 w kategorii ' Muzyka, Unlimited '

No i stało się. Odrestaurowałem mojego zardzewiałego, zapomnianego bloga. Nie wiem jeszcze tylko jaki font, ale to już kwestia drugorzędna.

Trzecia klasa licealna z całą pewnością nie jest prosta, a wisząca gdzieś w powietrzu atmosfera zbliżającej się matury daje się we znaki. Ponadto wciąż gram i muzyka nadal jest ważną częścią mojego życia. Rozkręcam projekt muzyczny Blackfury i po napisaniu dwóch pełnych kawałków (pure metalcore \m/ ahh) rozważam przemianowanie go na Blindfury, co zwyczajnie brzmi ciekawiej. Poszukuję również pilnie perkusisty i basisty, ze wskazaniem jednak na perkusję (jako bardziej pilną).

Wróciłem również częściowo do gier komputerowych i tak w oczekiwaniu na NFS: Carbon rozjeżdzam się przechodząc kolejny raz Most Wanted. I czasami świetny Hitman Blood Money, dla odstresowania.

Oprócz tego słucham muzyki. Dużo i różnej. Dużo metalcore'u, głównie dlatego, że w większości przypadkowo poznałem wiele młodych kapel, którym krótki jeszcze pobyt na muzycznej scenie nie przeszkadza w robieniu świetnej muzyki. I tak z młodszych i starszych bandów - Trivium (odkrycie roku, bezapelacyjnie), Avenged Sevenfold, All That Remains, Bullet For My Valentine, Ill Nino, 3 Doors Down, Static X, System Of A Down, Queen, Pantera, Story Of The Year, Carlos Santana, Rob Zombie, Element 80, Audioslave, Yngwie Malmsteen, Rancid, Losprophets, Coma, Eric Clapton, Papa Roach, Panic! At The Disco, Slayer, Maroon 5, Nickelback, Guns'N'Roses, Foo Fighters i oczywiście Metallica (i jeszcze "kilka" innych) wybrzmiewają z moich głośników. Szczególnie jednak polecam pierwszą piątkę maniakom ciężkiego brzmienia.

A teraz małe wyjaśnienie... Otóż prawdopodobnie nie pojawiłbym się tu, gdyby nie okropna pustka jakiej aktualnie doświadczam. Mam bardzo mało czasu na wszystko, masę zajęć i zainteresowań, no i przede wszystkim kogoś, komu poświęcam cały swój wolny czas niejednokrotnie rezygnując z zainteresowań, czy nawet obowiązków. I dlatego zaniedbałem tego bloga. I teraz, kiedy... Olga - co się będę krył, i tak wszyscy wiedzą - bawi na obozie integracyjnym, ja czyszczę stare śmieci. I brak mi jej strasznie, o czym też wiedzą wszyscy i przed nikim kryć nie muszę. I... lecę zadzwonić. Jeszcze tu wrócę. Chyba :)

Mistrz.

Dodane 31 maja 2006 o 23:30:42 w kategorii ' Muzyka, Unlimited '

Koncert Carlosa Santany zapamiętam na całe życie. I choć moje najdroższe (:*) nie mogły być ze mną i deszcz moczył mi dupsko, było fantastycznie. Wiedeń zamknięty i mokry nie dał się zwiedzić w takim stopniu jakbym chciał, w końcu to Austria i to w niedzielę. Eisschokolade w Cafe Mozart, blisko 100 zdjęć i przyszła pora koncertu. Nabyłem koszulkę mistrza i zająłem miejsce. Jako support wystąpił Salvador Santana Band, czyli syn mojego guru. Grali jakieś meksykańskie rytmy z rapowanymi wstawkami i damskim wokalem, oczywiście po angielsku. Troszeńkę to nudziło, ale jak w trakcie którejś z kolei piosenki usłyszałem magiczne kilka dźwięków i po chwili zobaczyłem wyłaniającego się zza kolumny Carlosa, idąc za tłumem wstałem i biłem brawo aż do końca piosenki. Oczywiście improwizował, a dokładniej przetransponował i wzbogacił o drobne harmonie solówkę z Europy w taki sposób, że piosenka syna wreszcie miała ręce, nogi i muzyczny wyraz. Słusznie dziesięć tysięcy ludzi klaskało na stojąco przez 2 minuty. Skończyła się piosenka, Salvador przedstawił swój zespół i tatę, po czym zeszli ze sceny. W 10 min obsługa sceny zdjęła cały ich sprzęt i rozłożyła trzy zestawy perkusyjne. Jeden "normalny" i dwa złożone z "egozytcznych" bębnów. Weszli muzycy i przez trzy godziny kopali dupska wszystkim ludziom na sali. Koncert był niesamowity. Fascynujący. Carlos uświadomił mi, że aby być geniuszem nie trzeba być mistrzem techniki, czy szybkości. Trzeba kochać muzykę całym sercem i z całym tym wkładem emocjonalnym ją wydobywać z instrumentu. I robić to lepiej niż bardzo dobrze. Perkusistów grających na bębnach co utwór opatrywali medycy tak, że po koncercie mieli na każdej dłoni ze 2cm grubości bandaży. Każdy z nich miał swoją solówkę (reszta zespołu schodziła). Trzeci perker również, z tym, że jemu podczas solówki naprawiali Hi-Hat'a i dopiero po 10 min mógł dać z siebie wszystko, jak Hi-Hat działał. Oczywiście zniszczył mnie szybkością, rytmem i polotem. Jego solówkę poprzedziła solówka basisty. Młody i potwornie utalentowany i wystarczy. Klawiszowiec też został na solo, mocarz, ale nie przyprawił mnie o ciary. Drugi gitarzysta nie miał solówki, ale trzeba mu przyznać, że pomimo wyglądu rasowego brudasa wymiatał. Carlos solówki mieć nie musiał, bo jego koncert był jedną wielką solówką. Wsparty świetnymi muzykami i wybitnym wokalistą zrobił show, o którym będę opowiadał swoim wnukom. Santana na gitarze jest wiecznie młody. Jego ciało się starzeje, ale jego muzyka jest ponadczasowa. Pozostanie legendą nawet po śmierci. Wyszeł na bis, a po bisie mówił do publiczności o spełniającym się śnie, o którym śnił Bob Marley, Jimi Hendrix, Ray Charles i wielu innych. Spełnionym snem według jego słów był fakt, że on, Carlos, mógł stać na scenie przed nami i występować. Pięknym snem, w którym wolność, miłość, pokój, braterstwo i współczucie łączyły ludzi. Zacytował także Hendrixa mówiąc, że dźwięki są znacznie piękniejsze i lepsze niż kule (naboje). Potem dodał: "to piękny sen; George Bush to koszmar!" I wszyscy wybuchnęli śmiechem. Kilka osób opuściło halę po tych słowach. Przedstawił muzyków ze swojego zespołu i pożegnał wszystkich mówiąc "peace!". Gromkie brawa na stojąco i ludzie z różnych kulktur i w różnym wieku krzyczący "peace" z pewnością dodały imprezie magii i klimatu. Było bosko. Żałuję tylko, że bez Ciebie. Tęskniłem :*

O tym co wkrótce...

Dodane 14 maja 2006 o 01:48:57 w kategorii ' Muzyka, Unlimited '

No, trzeba się pochwalić - intensywne ćwiczenie nadgarstka, odegranie próby i intensywne plany na kolejne i naprawdę deszcz pomysłów (poniekąd dzięki mojej ciemnowłosej inspiracji :*) wkrótce przełożone zostaną na solidnie zrobione mp3. Pozgrywałem część na ścieżki, część muszę dograć, potem porządny mastering i na koniec zrzut gotowego kawałka do sieci. I tym oto sposobem zrealizuję to, co chciałem realizować zakładając tego bloga - chciałem się dzielić muzyką. Własną, rzecz jasna. Rozgrywam się coprawda na Metallice, Slayerze, Santanie i Mayu (inf: gitarzysta Queen), ale piszę z własnej głowy, może z delikatną mieszanką sugestii. A tak pozamuzycznie to znów zapdejtowałem layout bloga w myśl zasady "prościej = lepiej" i według mnie prezentuje się ciekawie...

Tu czy tam, wciąż źle...

Dodane 23 kwietnia 2006 o 00:27:39 w kategorii ' Muzyka, Unlimited '

Znów zamiast grać na gitarze pomajstrowałem w kodzie bloga. Poprawiłem to i owo, tylko nie mogę znaleźć w css'ie fragmentu o JabberID, żeby je wywalić ze środka headera... przez to nie mogę nic ciekawego tu wstawić i wniosek z tego taki, że w tą czy w tamtą, ciągle nie jest dobrze. Gitarę też dopieściłem dziś trochę, wracając do korzeni i dorabiając to i owo do solówki z nothing else matters... pianinem też się zajmuję ostatnio godzinami... wszystkie moje "ale" do samego siebie przelewałem na dźwięki, stąd duża ilość czasu i wielkość ładunku emocjonalnego włożonego w muzykę. Practice makes perfect... a nic innego niż ten wciąż odległy jeszcze perfect mnie nie interesuje ;)

la Gitarra

Dodane 04 kwietnia 2006 o 22:44:15 w kategorii ' Muzyka '

Ahh, to było to. Prosto po szkole muzycznej dorwałem gitarę, puściłem trochę ciężkiego brzmienia, no i improwizujemy. Jak się rozkręciłem, miałem raczej maślany wzrok, bo tempo nie tyle lewej ręki, którą mam - co po dzisiejszym mogę powiedzieć dość śmiało - naprawdę szybką, co kostkowania było dziś fenomenalne. Podejrzewam, że pewien naprawdę dobry gitarzysta o bardzo niskiej samoocenie (bez nazwisk) mógłby patrząc na to kolejny raz zwątpić w sens swojej gry, bo faktycznie nie wierzyłem samemu sobie.

Muzycznie. W końcu.

Dodane 03 kwietnia 2006 o 15:28:48 w kategorii ' Muzyka '

Dorwałem się do gitary po szkole i inspirowany comą wyciągnąłem z fendera przecudowne rzeczy. gitara to świetna kobieta. kochasz ją, ona śpiewa jak zagrasz. do tego kiedy wiesz coś o graniu, wszyscy będą jej słuchać i przy tym będą podziwiać nie ją, a ciebie. nie opuści cię, nie rozmyśli się, nie powie złego słowa. będzie płakać w twoich rękach razem z twoją duszą, kiedy będziesz tego potrzebował i krzyczeć ze szczęścia kiedy będzie cię rozpierało. tak, gitara jest świetną kobietą. z tym, że nie chcę wyjść jakiegoś geja, ale póki co dużo lepiej potrafię wyciskać łzy z fortepianu... (lol)